środa, 18 lutego 2015

Magia i miecz

Odkopaliśmy stare gry Maćka. TransSolar znudził mnie po dziesięciu minutach, chłopaków po godzinie. Natomiast Magia i miecz pochłonęły nas wszystkich całkowicie. Po kilku sesjach dla rozgrzewki i wybraniu najlepszych dla siebie bohaterów (Elf, Ciemny Elf i Leśny Duszek - chyba nie muszę dodawać, kto jest kim) postanowiliśmy każdego dnia fotografować planszę, by kolejnego móc odtworzyć ustawienie wszystkich kart i kontynuować rozgrywkę. No i jeszcze zapadła zgodna decyzja, że Magia i miecz jedzie z nami do Chorwacji:) Szykują się kolejne wakacje naszego życia;)

wtorek, 17 lutego 2015

Lista zadań

Powodowana siłą wyższą spieszę z zapewnieniem, że zawieszenie działalności było chwilowe i na skutek narastających z każdym dniem wyrzutów sumienia przedstawiam usprawiedliwienie zastoju. W punktach, które i tak sprowadzają się do jednego, haha:)

Numer jeden: lenistwo i totalne rozprężenie.

Numer dwa: peselizm. Priorytety się zmieniają, umiejętność beztroskiego odpuszczania sobie rzeczy spoza czołówki absolutnie obowiązkowych czy niezbędnych do zachowania zdrowia psychicznego wzrasta. Można powiedzieć, że to tylko dyplomatyczne rozwinięcie punktu pierwszego. Ale w praktyce wygląda tak: jako że na skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności mam od ponad tygodnia możliwość przebywania w zaciszu domowym, uzyskany dodatkowo czas dzielę sprawiedliwie między siebie i Sebiego. Do czternastej realizuję się jako maniaczka gier komputerowych (będąc dinozaurem bez cienia zawstydzenia przyznam się, że odświeżam znajomość z takimi starociami jak Simsy, Theme Hospital, Anno 1602), a później jako wzorowa matka czuwająca nad rozwojem intelektualnym i emocjonalnym swej pociechy;)

Naturalnie nasuwa się pytanie, dlaczego gram, zamiast blogować, skoro i tak gapię się pół dnia w monitor. Kto nie zarywał (póki mu pary na to starczało) nocy dla ulubionych gier, nigdy nie zrozumie, jakim błogosławieństwem jest w domu pełnym konkurencji wyłączność na komputer w godzinach przedpołudniowych;). Miałam co prawda czytać, oglądać filmy i realizować się towarzysko, ale uznałam, że sztywne trzymanie się planu nie do końca zgadza się z tym, na co naprawdę mam ochotę i bezczelnie dałam się porwać żywiołowi.

Numer trzy: życie, życie, życie. Przygoda z zuchami nabrała rozpędu. Po sukcesie z zimowiskiem poszłam za ciosem i kiedy tylko nadarzyła się okazja, zapisałam syna na trzy kolejne wyjazdy. Już w najbliższy weekend jedzie więc do Wieliczki, potem na wyprawę polarną, a następnie do Warszawy. My dopiero co szaleliśmy na zabawie karnawałowej, do której przygotowania wypełniły mi kilka dobrych dni. Przebranie, jak zawsze, obowiązkowe. Temat: lata sześćdziesiąte. Buszowanie po lumpeksach w poszukiwanie strojów i akcesoriów, konsultacje z koleżankami, co z własnych szaf mogłyby i chciały pożyczyć, przeczesywanie własnych zasobów, szukanie inspiracji w necie, trenowanie kreski nad okiem, klejenie sztucznych rzęs. Długo by opowiadać. Ale efekt był piorunujący.

Żeby nie było: Sebi też miał bal. I nawet uszyłam mu pelerynę wampira. Uszyłam to może za duże słowo, faktem jednak pozostaje, że czarne prześcieradło udało się udrapować na ciele hrabiego Drakuli, a następnie z pomocą Maćka i przy użyciu zszywacza spiąć w kluczowych miejscach. Potem tylko zszycie tychże punktów, usunięcie zszywek i doszycie złotych guzików i łańcucha. Pociecha wyraziła pełną aprobatę, a kostium jest w ciągłym użyciu.


Przy okazji oficjalnie zawiadamiam, że pogodziłam się z myślą, że szycie mnie - mimo najlepszych chęci - przerasta, zamierzony efekt zawsze rozmija się z tym, co udaje mi się z trudem i poświęceniem osiągnąć, i choć ostatnio na potęgę trenowałam, choćby przy instalowaniu zuchowych sprawności na rękawie munduru, dotarło do mnie, że zestaw igła i nitka (nie mówiąc o maszynie) nie jest moim powołaniem. Co nie odwiedzie mnie jednak od podejmowania kolejnych prób wykazania się na tej niwie:) Ale można już krytycznie wypowiadać się na temat moich dzieł. Przyjmę wszystko z pokorą. Spruję i przyszyję na nowo (jak sprawności, haha). Bo czasem najbardziej liczą się chęci! A łaty, żeby nie było totalnego obciachu, nadal będzie dziecku przyszywała babcia:)


Wracając do przerwanego wątku: społeczność zuchowa okazała się więcej niż chętna do interakcji i wpadliśmy w wir wzajemnych odwiedzin, telefonicznych debat, wymiany książek i gier. Życie towarzyskie Babu też kwitnie. Jego przyjęcie urodzinowe będzie ostatnim z zimowej fali imprez, co na chwilę chociaż pozwoli mi odetchnąć od wymyślania i wyszukiwania prezentów dla kilkulatków - a jest to za każdym razem nie lada wyzwanie, zwłaszcza, że nie można się powtarzać, bo ciągle spotyka się ta sama grupa w nieznacznie tylko zmienionym składzie.

Do tego dochodzi życie szkolne. Etyka, która cieszy się u mnie wielkim poważaniem, szczęśliwie odbywa się raz na tydzień - bo zadania domowe wymyślane przez prowadzącą te zajęcia panią dyrektor wymagają najczęściej zaangażowania rodziców. Ale o tym napiszę więcej osobno, bo do wieczora nie skończę tego posta:) Od lutego doszło nam też nowe wyzwanie - codzienna głośna lektura. Niby pikuś, bo tylko przez kwadrans (w praktyce zwykle więcej, bo głupio kończyć w połowie rozdziału), ale synchronizacja czasu i chęci dziecka i dorosłego to wyższa szkoła jazdy. Nie wiem, czy tylko Sebi tak ma, czy to przypadłość bardziej powszechna, ale zabranie się za jakąkolwiek aktywność wymagającą udziału innej osoby zajmuje mu w najlepszym razie kilka minut. Bo w drodze do celu zbacza, zmienia temat, coś go rozprasza, zapomina, co zamierzał etc. Przekłada się to na zmniejszenie (a czasem nawet na całkowite wyeliminowanie) zapasu cierpliwości u takiego rodzica jak ja. I gdyby chodziło o cokolwiek innego niż czytanie, niewykluczone, że o systematyczności moglibyśmy zapomnieć. Ale że nagrodą za czekanie jest głośna lektura, jest to teraz jeden z moich ulubionych momentów dnia. Role się odwróciły, Sebi czyta mi książki, które jeszcze rok temu ja czytałam jemu. Poezja:)

Teraz już pomknę prosto do celu. Żeby się w tym wszystkim nie pogubić zaczęłam sporządzać kolejne listy z zadaniami do wykonania. System ten świetnie się sprawdza od lat. A w styczniu przetestowałam go też na Babu i za odhaczenie wszystkich punktów w terminie obiecałam nagrodę. Zadziałało, Sebi po trzech dniach sam wiązał buty, co poczytaliśmy sobie za rodzicielski sukces - bo od jesieni rozmawialiśmy z Maćkiem o tym, że koniecznie musimy syna wyposażyć w tę kluczową sprawność;)

List więc przybywało masowo. Do tego stopnia, że musiałam nadać im rangę ważności, bo i tak wszystkich nie byłam w stanie zrealizować od ręki. Trochę to przytłaczające. Zniechęcające. Paraliżujące. Ucieczka w grę komputerową na parę dni zagłuszyłaby wyrzuty sumienia, że zamiast z zapałem brać się do roboty użalam się nad sobą i migam od obowiązków. A potem pomyślałam, że rozwiązaniem będzie ustalenie nagrody, bo grunt to motywacja. Ciągle jeszcze nad nią myślę. I w międzyczasie tworzę kolejne zestawienia zadań do wykonania.

I tak oto mam listę na każdą okazję. Między innymi spis filmów, książek i wydarzeń czekających na opisanie na blogu. I obiecuję regularnie skreślać z niego kolejne pozycje;)



czwartek, 22 stycznia 2015

Dowód rzeczowy

Nie wiem, czy to wrodzona (nabyta?) nieczułość, wiara w zaradność pierworodnego, wyparcie, spóźniony refleks, czy może fakt, że do generalnych porządków dołożyliśmy sobie malowanie Sebusiowego pokoju, co przełożyło się na jeszcze większy, graniczący z obłędem, rozgardiasz, ale brak syna odczułam w pełni dopiero dziś rano. Rita miała focha i zdecydowała się nie towarzyszyć mi przy śniadaniu, więc zostałam sama na froncie i z całego serca zatęskniłam za moim małym szczerbusiem.

Maciek wymiękł już wczoraj i wysłał do znajomej mamy opiekującej się zuchami na zimowisku sms-a z zapytaniem, co słychać. Odpowiedź była do przewidzenia: wszystko dobrze.

Przed jakąś godzinę temu na fejsie pojawiło się zdjęcie całej zuchowej ekipy. Rzuciliśmy się na nie głodni jakiejkolwiek wskazówki możliwej do wyczytania z buzi ośmiolatka rzuconego na głęboką wodę pierwszego w życiu tygodnia spędzanego z dala od rodziny. Niemalże na bezdechu zaczęliśmy gorączkowo szukać tej najważniejszej twarzyczki w morzu jednakowo ubranych dzieci. A kiedy ją namierzyliśmy, na moment odjęło nam mowę. Sebi, uśmiechnięty od ucha do ucha, pochyla się zawadiacko w stronę obiektywu, jakby właśnie usłyszał lub zobaczył coś bardzo śmiesznego. Uff, fala ulgi. To zdecydowanie nie jest poza ustawiona specjalnie do zdjęcia. Mamy dowód rzeczowy, że zimowisko równa się frajda.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Życzenia zimowiskowe

Babu żegnając się z nami przed wyjazdem, prosi, żebyśmy mu wymienili, czego dokładnie życzymy mu na zimowisku. Produkuję się przez kilka minut. Pogoda, zabawa, nowe sprawności etc. Potem Maciek dodaje swoje trzy grosze. A Sebi dziękuje i składa swoje życzenia. Żebyśmy jakoś ten tydzień bez niego wytrzymali:)


piątek, 16 stycznia 2015

Halma

Pobojowisko bez zmian. Ale udało się wygospodarować na stole odrobinę miejsca i maniacko gramy w halmę. A w tyle głowy cały czas kombinuję, jak poprzestawiać rzeczy po szafach, żeby po ich otwarciu mieć pod ręką tylko ulubione i potrzebne przedmioty, a nie generujący wyrzuty sumienia składzik różności.
Plany póki co przenoszę jedynie na papier. Nie mam złudzeń - dojście do upragnionej wersji ostatecznej, upragnionej czy chociaż częściowo satysfakcjonującej wymaga wielu prób, szkoda więc sił na rzeczywiste tachanie kolejnych pudeł i tobołków z miejsca na miejsce. Tak się sama przed sobą i wszystkimi chętnymi słuchać tłumaczę na okoliczność posądzenia mnie o lenistwo;)

wtorek, 13 stycznia 2015

Nie miała baba kłopotu

Nie miała baba kłopotu, to wymyśliła sobie modernizowanie mieszkania.

I tak od kilku dobrych dni miota się, potykając się o wywleczone z szaf sterty butów, torebek, akcesoriów prezentowych, narzędzi, dawno zapomnianych płyt, ramek na zdjęcia, pudełek ze skarbami i dziesiątkami innych szpargałów, które do tej pory drzemały ukryte w najdziwniejszych zakamarkach.

Wybieranie farby; obsesyjne jeżdżenie do sklepu, bo drzwiczki do szafek kupione w złym wymiarze, a następnie zamienione na zupełnie niepasujące do wizji opętanej szałem remontowej kobiety, trzeba ostatecznie wymienić na jakiekolwiek, byle ładne; skręcanie mebelków, ich przestawianie, przesuwanie, zapełnianie; porządkowanie pokoju syna i złorzeczenie napotykanym na każdym kroku ludzikom i konstrukcjom z klocków lego; sortowanie rzeczy, by uwolnić się od nadmiaru i zapanować nad posiadanym dobrostanem; kontemplacja chwilowej próżni na regałach i szybkie tejże pustki likwidowanie upychanymi w niej z narastającym zniecierpliwieniem spowodowanym brakiem widoków na koniec roboty przypadkowo dobranymi klamotami.

A do tego codzienne życie i nadrabianie zaległości w praniu spowodowanych choróbskiem, pracą, rozbuchanym czytelnictwem, życiem towarzyskim i przygotowaniami do zimowiska.

Baba w typowy dla siebie sposób ściągając sobie to wszystko na głowę powtarza w duchu, że jest pięknie i warto było, bo choć przeżywa wzloty i upadki, wierzy, że już niedługo odniesie sukces i nim upojona z nową energią rzuci się do realizowania kolejnych pomysłów, które wyjątkowo bujnie mnożą się w tym roku w jej niespokojnej głowie.

piątek, 9 stycznia 2015

Zimowisko

We wrześniu codzienne odrabianie lekcji zajmowało godziny. Wystarczyło na moment odejść od biurka, przy którym Babu z mozołem biedził się nad zadaniami domowymi, by świeżo upieczony pierwszoklasista tracił koncentrację i zaczynał się bawić. Kolejne wyzwanie: drugie śniadanie. Bywały tygodnie serwowania codziennie tego samego zestawu. O przeciągających się pożegnaniach w szatni nie będę się nawet rozpisywać. Kwestia samodzielnego pokonania dwóch pięter dzielących szatnię od sali omawiana była niestrudzenie za każdym razem, kiedy zamiast do świetlicy mieszczącej się na parterze, przyprowadzałam go prosto na lekcje.

W październiku mieliśmy już opracowany trzystopniowy system sprawdzania (w kolejności: Sebi, Maciek, ja), czy wszystkie zadania wykonane i tornister gotowy, a i tak zdarzały się się wpadki. I odrabianie lekcji przestało się rozciągać na całe popołudnia. Z dnia na dzień było widać, że Babu nabiera samodzielności.

Listopad przyniósł rewolucyjne zmiany. Samodzielne wędrówki do szatni szybko przerodziły się w pożegnanie na placu przed szkołą. Zaczęłam przyjeżdżać do pracy grubo przed czasem. Od odrabiania lekcji uwolniliśmy się całkowicie. Pakowanie tornistra według planu stało się wyłącznym obowiązkiem Sebiego. Przegląd ocen ze sprawdzianów na zebraniu utwierdził nas w przekonaniu, że dziecku krzywda się nie dzieje, kiedy puścimy je samopas.

W grudniu już tylko odcinaliśmy kupony od zakończonej sukcesem akcji 'samodzielny uczeń'. Babu po raz pierwszy w życiu wyraził również chęć nocowania u kolegów. Rozkręcił się chłopak na całego.

A teraz to już skok na głęboką wodę: za tydzień Sebi wyjeżdża na zuchowe zimowisko. Sześć nocy poza domem. Zero odwiedzin i telefonów. Powoli zaczyna to do nas docierać. Jak tak dalej pójdzie, zanim się obejrzę, młody wyprowadzi się z domu;)