niedziela, 17 listopada 2013

Calineczka

Centrum Kultury Wrocław-Zachód. Weekend z Hansem Christianem Andersenem. Teatr Lalki i Aktora z Wałbrzycha wystawia 'Calineczkę'. Bastek całe przedstawienie śmieje się, klaszcze, śpiewa. Malwina siedzi nieporuszona z kamienną twarzą. Kurtyna opada, oklaski ustają,  pytam dzieci, jak im się podobało. On mówi, że wcale, bo zakończenie było inne niż w filmie, który widział kilka dni wcześniej. Ona zaś, że było rewelacyjnie.
Bądź tu mądry i czytaj z mowy ciała:)
Dla mnie było super. Stęskniłam się już za teatrem. A tu podobało mi się wszystko: kontakt aktora z widzem, pomysł na adaptację i podkład muzyczny, rozwiązania scenograficzne, kukiełki.
I odetchnęłam z ulgą, kiedy Bastek po kilku szczegółowych pytaniach przyznał jednak, że jedynie zakończenie go rozczarowało. Bo spodziewał się ślubu. Na scenie. A nie w domyśle.
Niezawodny z niego malkontent. Jeśli cokolwiek wydaje mi się doskonałe, wystarczy, że zwrócę się do niego, a w trzy sekundy wypunktuje mi słabe strony mojego ideału.

Sernik ze śliwkami

Sernik łatwy do zrobienia i bardzo smaczny. Jedynie te śliwki okazały się niewypałem. Surowe były przepyszne, ale po wizycie w piekarniku całkowicie straciły słodycz. Szczęśliwie zbyt wielu ich na cieście nie ułożyłam, bowiem masy serowej wyszło tak dużo, że już mi się zaczynała przelewać.
Eksperyment wart powtórzenia, ale koniecznie z innymi owocami (marzą mi się maliny lub jagody).
Przepis tradycyjnie z 'Palce lizać'.




czwartek, 14 listopada 2013

Szczyt zdobyty

Rita ponad tydzień zbierała się do wielkiego skoku na najwyższą półkę w dużym pokoju. Stół, oparcie krzesła i kilkanaście centymetrów kwadratowych lądowiska pod samym sufitem. W końcu odważyła się i udało jej się zdobyć szczyt za pierwszym podejściem.
Uskrzydlona sukcesem zaliczyła też półkę nad kanapą. A że stamtąd blisko na witrynkę, wskoczyła i tam. Usunęłam więc świecznik i kwiatka z półki, aby zmniejszyć szansę na niechcący dokonywane akty wandalizmu przy pokonywaniu toru przeszkód. No to mała zaczęła obgryzać bazie, które okrągły rok trzymam w wazonie. Przestawiłam i to. Wreszcie zabrała się za doniczkę na witrynce. Ziemia i liście posypały się, szkodnik zaś po narobieniu rabanu uciekł pod łóżko.
Tym sposobem witrynka i półka nad kanapą zostały ogołocone ze standardowych ozdóbek, a na najwyższej półce zapanował ścisk. Pokój wygląda jak w trakcie remontu czy wielkich porządków. Moje zapędy dekoratorskie przechodzą w stan uśpienia. Poważnie rozważam zakup sztucznych kwiatów. I likwidację niższej półki. I odsunięcie stołu. Maciek doradza instalację zasieków. Sama już nie wiem, czy to tylko żart.
A Rita spogląda zdumionymi oczyma:) Gdzie się podziały wszystkie skarby?

Tinga Tinga

Opowieści z Tinga Tinga oglądaliśmy namiętnie, kiedy Babu był początkującym przedszkolakiem. Przepadałam za tą bajką tak samo jak on. Historyjki były mądre i zabawne, dawały do myślenia nie tylko kilkulatkom, zaś strona wizualna z odcinka na odcinek budziła mój coraz większy zachwyt. Teraz dorwaliśmy książeczkę. To już nie to samo, choć ilustracje piękne i tekst co do słowa zaczerpnięty z oryginału. I chyba wiem, dlaczego: po prostu brakuje mi głosu, bowiem dubbing do animacji zrobiony był bardzo starannie i nadawał niesamowity klimat. Ale i tak warto pokazać to wydawnictwo maluchom.

środa, 13 listopada 2013

Wenus w futrze

Kto nie widział, niech pędzi do kina. Rewelacyjna rozrywka. Od pierwszej minuty zostajemy wciągnięci w grę i do samego końca zastanawiamy się, kim jest Wanda, skąd jej wiedza, rekwizyty, umiejętności, jaki jest prawdziwy powód, dla którego pojawiła się w tym teatrze. Bo że nie jest przeciętną neurotyczną aktoreczką, domyślamy się od razu. Ale co jest maską, a co jej prawdziwą twarzą nie sposób ustalić - łatwość i częstotliwość przejść z jednego wcielenia w następne przyprawia o zawrót głowy i Thomasa, i nas, widzów. Śmiem twierdzić, że to życiowa rola Emmanuelle Seigner.
Jednakże Mathieu Amalric jest równie genialny. Jego podobieństwa do młodego Polańskiego trudno nie zauważyć. Ale to tylko szczegół dodający pikanterii, bo średnio by nas to obeszło, gdyby jego sceniczna partnerka nie była żoną wielkiego reżysera. Kiedy Thomas patrzy z zachwytem na Wandę, kiedy puszy się jako twórca, kiedy wydaje polecenia jako pan i władca teatralnej sceny, zastanawiamy się, czy tak właśnie widzi samego siebie Polański. Czy tylko nas podpuszcza. Ile ze swego prywatnego życia tu przemyca. Ale czy któryś z aspektów wielowymiarowej relacji pomiędzy dwojgiem bohaterów na tym traci? Absolutnie nie.
 Rozgrywka między nimi odbywa się na tak wielu płaszczyznach, że połowy prawdopodobnie nawet nie zarejestrowałam. Walczą o władzę jako kobieta i mężczyzna, aktor i reżyser, domina i jej poddany, twórca i jego muza, kusiciel i człowiek wystawiony na próbę. Energia przepływająca między nimi elektryzuje. A wszystko odbywa się lekko, żartobliwie, z nutką autoironii. Oboje są wytrawnymi graczami, więc wystarcza słowo lub gest by zmienił się układ sił. I na koniec dowiadujemy się, że daliśmy się uwieść i zwieść. Wyborne widowisko!

Czekoladki dla sąsiadki

Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam Babusiowi kolejny tom wierszy pani Geller. W 'Czekoladkach' głównymi bohaterami są zwierzaki, kot i pies, żyjące generalnie w zgodzie, a już z pewnością trzymające wspólny front, kiedy dochodzi do konfrontacji z sąsiadką. Niezłe z nich łapsurdaki, a pudel wręcz doprowadza mnie do łez i spazmów. Jego wizerunek daleki jest co prawda od stereotypowego sposobu przedstawiania tej rasy, ale działa na mnie z nie mniejszą siłą niż pojawiający się w mojej wyobraźni kudłaty i puszysty czworonóg. Serio, sama nie wiem, dlaczego, ale gdyby to był jamnik czy mops, zabawa byłaby dla mnie bez porównania mniej udana.
Sebi mi doniósł, że ktoś już im w szkole czytał ten tomik, więc dziś na literackie spotkanie z dzieciakami zabrałam 'Wścibskich'. I co się okazało? Że nie tylko mój syn zna urywki na pamięć. Znaczy się, dzieci to lubią. Więc jeszcze raz polecam.

wtorek, 12 listopada 2013

Fucha

Kasia szkoli się na fotografa, a ja się ekscytuję za nas obie. Głównie dlatego, że załapałam się (no dobra, przemocą niemalże wcisnęłam) na modelkę. Było już pozowanie w parku, była sesja w domu, w którą zaangażowałyśmy też Bastka jako speca od oświetlenia. Swoimi zdjęciami będę mogła zapełnić niedługo pół ściany. (I jeśli narcystyczna strona mej natury zwycięży nad wrodzoną skromnością, prawdopodobnie strzelę sobie taką fototapetę i przestanę wychodzić z domu.)
A wczoraj na Bulwarze Tadka Jasińskiego szalałyśmy ze statywem i nocnymi ujęciami ogołoconych już znacznie z liści drzew. Kasia kombinuje i ćwiczy cierpliwość. Ja asystuję, ale i dostaję swoje pięć minut walki z tuzinem przycisków i pokręteł na bajeranckim aparacie. Fun jest. A z jakości zdjęć będzie się tłumaczyła kursantka, hehe:) Jeśli coś na zajęciach zostanie pochwalone, nie omieszkam się pochwalić.