czwartek, 8 września 2011
Inwazja na farmie
Zaliczyliśmy pierwsze przeziębienie w sezonie. Babu był przeszczęśliwy zostając ze mną w domu. Aby potrzymać dobry humor, wracając w poniedziałek od lekarza nabyliśmy w sklepiku na Bulwarze zestaw zwierząt kopytnych z farmy. Zabawa początkowo przebiegała standardowo, zbudowaliśmy z klocków zagrodę, oborę, kurnik, gospodarz karmił trzódkę i wzywał weterynarza, gospodyni rzucała ptactwu ziarno. Z czasem pojawiały się coraz bardziej zaskakujące elementy. Dziś osiągneliśmy zadowalający Babula poziom zaawansowania. Wirusy ukrywające się w śmietniku i lodówce wezwały na pomoc zastępy bakterii, które przyczaiły się w krzaczorach (jedno z ulubionych słów mego potomka) i zatakowały śpiącą beztrosko na dworze małpę powodując (cytuję dosłownie) zatrucie pokamowe, nieżyt żołądka, świnkę, odrę i inne groźne choroby. I, jak to podsumował Babuś, szczęśliwie udało się wszystkim szkodnikom dostać do organizmu przez nos i gardło. Moje dziecko przeszło na ciemną stronę mocy!
wtorek, 6 września 2011
Cafe Szafe

O ptasich psotach i zgryzotach Bastek może słuchać godzinami. A ja, zauroczona szatą graficzną pozycji, zaczęłam szperać w necie i tym razem rezultat leniwych, bądź co bądź, poszukiwań przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że ilustratorka tejże książki, Anna Kaszuba-Dębska, wraz z Łukaszem Dębskim (tym od "Łamisłówek" i "Wiórków") prowadzają w Krakowie magiczną klubokawiarnię Cafe Szafe.
http://www.cafeszafe.com/
Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Zabieram się za planowanie wycieczki!
Lemul wali ludy
Jakoś tak nam rozmowa zeszła na lamy i okazało się, że zawahałam się przy odpowiedzi na pytanie, jakież to ona ma rogi. Zasiedliśmy więc do kompa i, jak to zwykle bywa, pojawiło się sto wątków pobocznych, także wkrótce sprawdzaliśmy, czy zwierzę na wybiegu koło pawilonu Madagaskar we wrocławskim ZOO to lemur. Owszem, jest to lemur wari rudy. A że Babu nie wymawia 'r', przypomniało mi się, jak bawił się z babcią w zgadywanie nazw zwięrząt na podaną literkę i gdy doszło do 'l', Bambuś rezolutnie wykrzyknął 'lekin'.
niedziela, 4 września 2011
Papryczki i borówki
Po wakacyjnej przerwie piekarnik poszedł w ruch.
Muffiny z borówkami amerykańskimi wpisuję na stałe do menu.
http://palcelizac.gazeta.pl/palcelizac/1,110783,9047271,Jak_zrobic_muffinki_,,ga.html
http://palcelizac.gazeta.pl/palcelizac/1,110783,9047271,Jak_zrobic_muffinki_,,ga.html
A papryczki chili póki co tylko do ozdoby.
Piękna Helena i inne cuda
Weekend obfitował w zaskakujące wydarzenia.
Po pierwsze: na skutek trudnego do odtworzenia zbiegu okoliczności znalazłam się wraz z grupką panów (reprezentujących trzy pokolenia fanów kolei) na Dworcu Głównym w Wałbrzychu i przez kilka godzin stałam (bo nie było gdzie usiąść) w oczekiwaniu na pociąg, który ostatecznie i tak się nie pojawił (zamiast Pięknej Heleny przyjechał inny parowóz).
Po drugie: przegrałam w kanastę. Z kretesem. Tak żałosnej rozgrywki na oczy nie widziałam. Przeciwnicy co rozdanie mieli czyste kanasty z jokerów.
I po trzecie: odkryłam, że istnieją Góry Suche, że są na wyciągnięcie ręki i że spora grupka osób chętnie je ze mną przejdzie wzdłuż i wszerz. Dziś z Andrzejówki wybraliśmy się tylko na krótki spacer, bo Babuś jako jedyny miał sensowne buty (kupione zresztą wczoraj na okoliczność wyprawy w Karkonosze za tydzień), a reszta w przewadze maszerowała w sandałkach. Ale od tej pory campusy oficjalnie zyskują status butów wyjazdowych.
Po pierwsze: na skutek trudnego do odtworzenia zbiegu okoliczności znalazłam się wraz z grupką panów (reprezentujących trzy pokolenia fanów kolei) na Dworcu Głównym w Wałbrzychu i przez kilka godzin stałam (bo nie było gdzie usiąść) w oczekiwaniu na pociąg, który ostatecznie i tak się nie pojawił (zamiast Pięknej Heleny przyjechał inny parowóz).
Po drugie: przegrałam w kanastę. Z kretesem. Tak żałosnej rozgrywki na oczy nie widziałam. Przeciwnicy co rozdanie mieli czyste kanasty z jokerów.
I po trzecie: odkryłam, że istnieją Góry Suche, że są na wyciągnięcie ręki i że spora grupka osób chętnie je ze mną przejdzie wzdłuż i wszerz. Dziś z Andrzejówki wybraliśmy się tylko na krótki spacer, bo Babuś jako jedyny miał sensowne buty (kupione zresztą wczoraj na okoliczność wyprawy w Karkonosze za tydzień), a reszta w przewadze maszerowała w sandałkach. Ale od tej pory campusy oficjalnie zyskują status butów wyjazdowych.
czwartek, 1 września 2011
Joanna Bator
Dziś wyjątkowo nie wzięłam na drogę do pracy żadnej książki i mogłam do woli gapić się przez tramwajowe okno, podsłuchiwać współpasażerów, kontemplować jesienną aurę. Rozmyślałam też o 'Chmurdalii' i doszłam do wniosku, że proza pani Bator łączy w sobie cechy wielu moich ulubionych lektur. Nostalgiczny nastrój i z tkliwą pieczołowitością, drobiazgowo opisane przedmioty, smaki, zapachy, rytuały tworzące domową atmosferę zupełnie jak u Chwina, Tokarczuk i Huellego. Pęd w nieznane, wewnętrzna potrzeba wędrówki, nomadyzm to znowu Tokarczuk, ale też Plebanek. Ale najważniejszy jest ten marquezowski rys, rozgadanie, nadprzyrodzone zjawiska wplecione tak naturalnie w opowieść, że aż dziw bierze, że pominięto je w szkolnych podręcznikach do historii, te syreny, nalewki, rozmazane fotografie, że o nocniku nie wspomnę.
Średniaki
Babu cały sierpień chodził do przedszkola, z początku z ogromnymi corocznymi powakacyjno-jesiennymi oporami, potem, wraz z powrotem Radka, już z ochotą. A tu dziś na widok nowego miejsca na kurteczkę i butki, innego znaczka, na myśl o tym, że się dokonało, że bycie średniakiem staje się faktem, nastąpiło (półminutowe, na szczęście) rozklejenie. I, co najlepsze, ja też się wzruszyłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
