Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gry. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 stycznia 2016
Pac-Man
Sebi od kilku dni nawijał o tej grze, namawiając mnie, by wybrała, którym duszkiem chcę zostać. Tak więc z teorią zapoznałam się z wyprzedzeniem. I bądźmy szczerzy - zapał wykazywałam umiarkowany. Tymczasem, gdy wczorajszego wieczora zobaczyłam, o co w tym chodzi, z miejsca załapałam bakcyla. Co więcej, Maciek też dał się wkręcić i dziś opanowało nas takie szaleństwo, że zaraz po przebudzeniu całą trójką rzuciliśmy się do Pac-Mana. I każdy świętował sukces przejścia przez wszystkie poziomy w ciągu jednego dnia:)
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Totem
Gramy w Totem i gramy. Nie codziennie, ale jak już nas najdzie, to nie możemy przestać. Aga, jeśli to czytasz, chciałabym cię uspokoić, że wbrew pozorom nie zapomnieliśmy, od kogo pożyczyliśmy tę fantastyczną grę. Co więcej, zamierzamy ci ją oddać w nienaruszonym stanie. Tylko tak się przedziwnie składa, że ciągle coś nam staje na przeszkodzie. A może to tylko wymówka, bo tak naprawdę próbujemy cię zwabić do naszej prywatnej jaskini hazardu:)
niedziela, 31 maja 2015
sobota, 30 maja 2015
Dzień dziecka
Po tym, jak spróbowałam najlepszej na świecie pizzy mojego brata, chodziło za mną już tylko jedno: kupić semolinę i wypróbować nowy przepis. I tak oto dokonało się. Sobota okazała się dniem dziecka na całego. Całe popołudnie i wieczór przy puzzlach i pizzy. Której, gwoli ścisłości, w moim wykonaniu daleko do ideału. Ale że poleconej przez specjalistę mąki mam ponad dwa kilo, a Babu aż się rwie do zagniatania ciasta - czerwiec upłynie nam na kulinarnym samodoskonaleniu się:)
środa, 22 kwietnia 2015
wtorek, 7 kwietnia 2015
Cluedo
Sześciu podejrzanych, dziewięć pomieszczeń oraz sześć potencjalnych narzędzi zbrodni (w tym klucz francuski, świecznik i metalowa rurka, bo przecież w każdym szanującym się domostwie takie sprzęty trzyma się po kątach). Emocje, dużo śmiechu i trening logicznego myślenia. Zabójcza gra;)
sobota, 28 marca 2015
Word of Tanks
Rozochoceni wczorajszą przejażdżką chcieliśmy i dziś wybrać na wycieczkę rowerową, ale pogoda zagrała nam na nosie. I tak oto popołudnie i wieczór upływają nam na przy kompie. Stłoczeni przed monitorem gramy na zmianę. Kto by pomyślał, że tak mi się spodobają wojaże czołgiem!
Zaraz znowu moja tura, więc na wklejanie obrazka i rozpisywanie się o Word of Tanks nie ma czasu.
Do boju! Ruszać się? Chcecie żyć wiecznie?!
Zaraz znowu moja tura, więc na wklejanie obrazka i rozpisywanie się o Word of Tanks nie ma czasu.
Do boju! Ruszać się? Chcecie żyć wiecznie?!
piątek, 20 marca 2015
Kalaha
Reguły na pierwszy rzut oka wydają się dosyć skomplikowane, ale składam to na karb dwóch czynników. Raz, że ruszać się trzeba w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, co początkowo ciągle się nam myliło. A dwa, że w polskiej instrukcji występuje błąd w tłumaczeniu i zanim się człowiek połapie, co autor miał na myśli, można się nieźle pokłócić;) Szczęśliwie Babu to nie tylko pokojowo nastawiony, ale też pomysłowy człowiek - sam wpadł na pomysł, jak sensownie zinterpretować niedoprecyzowany reguły. Aż mi szczęka opadła, kiedy się okazało, że anglojęzyczna instrukcja potwierdziła jego wersję:)
środa, 11 marca 2015
Okavango
Okavango z miejsca podbiła nasze serca. Bajecznie prosta i ujmująca od strony graficznej planszówka, do której Babu i jego koledzy z chęcią zasiadają przy każdej okazji. Element rywalizacji i możliwość zatrucia życia rywalom są tu stale obecne, ale z jakiegoś powodu pojawienie się krokodyla powoduje raczej śmiech niż złość, że wędrówkę na bezpieczną wyspę mamusi trzeba będzie rozpocząć od nowa.
środa, 4 marca 2015
Attack!
O grze 'Ryzyko' pierwszy raz usłyszeliśmy w Razanju od Dijany, nie było więc cienia wątpliwości, że Babu będzie cisnął na zdobycie tej planszówki. Chwilę zajęło nam ustalenie, że gra została wypuszczona przez nowego producenta pod zmienionym tytułem. Ale szczęśliwie nareszcie ją mamy. I kiedy my podbijamy świat, pani generał Rita pozostaje w gotowości do odparcia ataku na jej nowe pudełko:)
środa, 18 lutego 2015
Magia i miecz
Odkopaliśmy stare gry Maćka. TransSolar znudził mnie po dziesięciu minutach, chłopaków po godzinie. Natomiast Magia i miecz pochłonęły nas wszystkich całkowicie. Po kilku sesjach dla rozgrzewki i wybraniu najlepszych dla siebie bohaterów (Elf, Ciemny Elf i Leśny Duszek - chyba nie muszę dodawać, kto jest kim) postanowiliśmy każdego dnia fotografować planszę, by kolejnego móc odtworzyć ustawienie wszystkich kart i kontynuować rozgrywkę. No i jeszcze zapadła zgodna decyzja, że Magia i miecz jedzie z nami do Chorwacji:) Szykują się kolejne wakacje naszego życia;)
wtorek, 17 lutego 2015
Lista zadań
Powodowana siłą wyższą spieszę z zapewnieniem, że zawieszenie działalności było chwilowe i na skutek narastających z każdym dniem wyrzutów sumienia przedstawiam usprawiedliwienie zastoju. W punktach, które i tak sprowadzają się do jednego, haha:)
Numer jeden: lenistwo i totalne rozprężenie.
Numer dwa: peselizm. Priorytety się zmieniają, umiejętność beztroskiego odpuszczania sobie rzeczy spoza czołówki absolutnie obowiązkowych czy niezbędnych do zachowania zdrowia psychicznego wzrasta. Można powiedzieć, że to tylko dyplomatyczne rozwinięcie punktu pierwszego. Ale w praktyce wygląda tak: jako że na skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności mam od ponad tygodnia możliwość przebywania w zaciszu domowym, uzyskany dodatkowo czas dzielę sprawiedliwie między siebie i Sebiego. Do czternastej realizuję się jako maniaczka gier komputerowych (będąc dinozaurem bez cienia zawstydzenia przyznam się, że odświeżam znajomość z takimi starociami jak Simsy, Theme Hospital, Anno 1602), a później jako wzorowa matka czuwająca nad rozwojem intelektualnym i emocjonalnym swej pociechy;)
Naturalnie nasuwa się pytanie, dlaczego gram, zamiast blogować, skoro i tak gapię się pół dnia w monitor. Kto nie zarywał (póki mu pary na to starczało) nocy dla ulubionych gier, nigdy nie zrozumie, jakim błogosławieństwem jest w domu pełnym konkurencji wyłączność na komputer w godzinach przedpołudniowych;). Miałam co prawda czytać, oglądać filmy i realizować się towarzysko, ale uznałam, że sztywne trzymanie się planu nie do końca zgadza się z tym, na co naprawdę mam ochotę i bezczelnie dałam się porwać żywiołowi.
Numer trzy: życie, życie, życie. Przygoda z zuchami nabrała rozpędu. Po sukcesie z zimowiskiem poszłam za ciosem i kiedy tylko nadarzyła się okazja, zapisałam syna na trzy kolejne wyjazdy. Już w najbliższy weekend jedzie więc do Wieliczki, potem na wyprawę polarną, a następnie do Warszawy. My dopiero co szaleliśmy na zabawie karnawałowej, do której przygotowania wypełniły mi kilka dobrych dni. Przebranie, jak zawsze, obowiązkowe. Temat: lata sześćdziesiąte. Buszowanie po lumpeksach w poszukiwanie strojów i akcesoriów, konsultacje z koleżankami, co z własnych szaf mogłyby i chciały pożyczyć, przeczesywanie własnych zasobów, szukanie inspiracji w necie, trenowanie kreski nad okiem, klejenie sztucznych rzęs. Długo by opowiadać. Ale efekt był piorunujący.
Żeby nie było: Sebi też miał bal. I nawet uszyłam mu pelerynę wampira. Uszyłam to może za duże słowo, faktem jednak pozostaje, że czarne prześcieradło udało się udrapować na ciele hrabiego Drakuli, a następnie z pomocą Maćka i przy użyciu zszywacza spiąć w kluczowych miejscach. Potem tylko zszycie tychże punktów, usunięcie zszywek i doszycie złotych guzików i łańcucha. Pociecha wyraziła pełną aprobatę, a kostium jest w ciągłym użyciu.
Przy okazji oficjalnie zawiadamiam, że pogodziłam się z myślą, że szycie mnie - mimo najlepszych chęci - przerasta, zamierzony efekt zawsze rozmija się z tym, co udaje mi się z trudem i poświęceniem osiągnąć, i choć ostatnio na potęgę trenowałam, choćby przy instalowaniu zuchowych sprawności na rękawie munduru, dotarło do mnie, że zestaw igła i nitka (nie mówiąc o maszynie) nie jest moim powołaniem. Co nie odwiedzie mnie jednak od podejmowania kolejnych prób wykazania się na tej niwie:) Ale można już krytycznie wypowiadać się na temat moich dzieł. Przyjmę wszystko z pokorą. Spruję i przyszyję na nowo (jak sprawności, haha). Bo czasem najbardziej liczą się chęci! A łaty, żeby nie było totalnego obciachu, nadal będzie dziecku przyszywała babcia:)
Wracając do przerwanego wątku: społeczność zuchowa okazała się więcej niż chętna do interakcji i wpadliśmy w wir wzajemnych odwiedzin, telefonicznych debat, wymiany książek i gier. Życie towarzyskie Babu też kwitnie. Jego przyjęcie urodzinowe będzie ostatnim z zimowej fali imprez, co na chwilę chociaż pozwoli mi odetchnąć od wymyślania i wyszukiwania prezentów dla kilkulatków - a jest to za każdym razem nie lada wyzwanie, zwłaszcza, że nie można się powtarzać, bo ciągle spotyka się ta sama grupa w nieznacznie tylko zmienionym składzie.
Do tego dochodzi życie szkolne. Etyka, która cieszy się u mnie wielkim poważaniem, szczęśliwie odbywa się raz na tydzień - bo zadania domowe wymyślane przez prowadzącą te zajęcia panią dyrektor wymagają najczęściej zaangażowania rodziców. Ale o tym napiszę więcej osobno, bo do wieczora nie skończę tego posta:) Od lutego doszło nam też nowe wyzwanie - codzienna głośna lektura. Niby pikuś, bo tylko przez kwadrans (w praktyce zwykle więcej, bo głupio kończyć w połowie rozdziału), ale synchronizacja czasu i chęci dziecka i dorosłego to wyższa szkoła jazdy. Nie wiem, czy tylko Sebi tak ma, czy to przypadłość bardziej powszechna, ale zabranie się za jakąkolwiek aktywność wymagającą udziału innej osoby zajmuje mu w najlepszym razie kilka minut. Bo w drodze do celu zbacza, zmienia temat, coś go rozprasza, zapomina, co zamierzał etc. Przekłada się to na zmniejszenie (a czasem nawet na całkowite wyeliminowanie) zapasu cierpliwości u takiego rodzica jak ja. I gdyby chodziło o cokolwiek innego niż czytanie, niewykluczone, że o systematyczności moglibyśmy zapomnieć. Ale że nagrodą za czekanie jest głośna lektura, jest to teraz jeden z moich ulubionych momentów dnia. Role się odwróciły, Sebi czyta mi książki, które jeszcze rok temu ja czytałam jemu. Poezja:)
Teraz już pomknę prosto do celu. Żeby się w tym wszystkim nie pogubić zaczęłam sporządzać kolejne listy z zadaniami do wykonania. System ten świetnie się sprawdza od lat. A w styczniu przetestowałam go też na Babu i za odhaczenie wszystkich punktów w terminie obiecałam nagrodę. Zadziałało, Sebi po trzech dniach sam wiązał buty, co poczytaliśmy sobie za rodzicielski sukces - bo od jesieni rozmawialiśmy z Maćkiem o tym, że koniecznie musimy syna wyposażyć w tę kluczową sprawność;)
List więc przybywało masowo. Do tego stopnia, że musiałam nadać im rangę ważności, bo i tak wszystkich nie byłam w stanie zrealizować od ręki. Trochę to przytłaczające. Zniechęcające. Paraliżujące. Ucieczka w grę komputerową na parę dni zagłuszyłaby wyrzuty sumienia, że zamiast z zapałem brać się do roboty użalam się nad sobą i migam od obowiązków. A potem pomyślałam, że rozwiązaniem będzie ustalenie nagrody, bo grunt to motywacja. Ciągle jeszcze nad nią myślę. I w międzyczasie tworzę kolejne zestawienia zadań do wykonania.
I tak oto mam listę na każdą okazję. Między innymi spis filmów, książek i wydarzeń czekających na opisanie na blogu. I obiecuję regularnie skreślać z niego kolejne pozycje;)
Numer jeden: lenistwo i totalne rozprężenie.
Numer dwa: peselizm. Priorytety się zmieniają, umiejętność beztroskiego odpuszczania sobie rzeczy spoza czołówki absolutnie obowiązkowych czy niezbędnych do zachowania zdrowia psychicznego wzrasta. Można powiedzieć, że to tylko dyplomatyczne rozwinięcie punktu pierwszego. Ale w praktyce wygląda tak: jako że na skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności mam od ponad tygodnia możliwość przebywania w zaciszu domowym, uzyskany dodatkowo czas dzielę sprawiedliwie między siebie i Sebiego. Do czternastej realizuję się jako maniaczka gier komputerowych (będąc dinozaurem bez cienia zawstydzenia przyznam się, że odświeżam znajomość z takimi starociami jak Simsy, Theme Hospital, Anno 1602), a później jako wzorowa matka czuwająca nad rozwojem intelektualnym i emocjonalnym swej pociechy;)
Naturalnie nasuwa się pytanie, dlaczego gram, zamiast blogować, skoro i tak gapię się pół dnia w monitor. Kto nie zarywał (póki mu pary na to starczało) nocy dla ulubionych gier, nigdy nie zrozumie, jakim błogosławieństwem jest w domu pełnym konkurencji wyłączność na komputer w godzinach przedpołudniowych;). Miałam co prawda czytać, oglądać filmy i realizować się towarzysko, ale uznałam, że sztywne trzymanie się planu nie do końca zgadza się z tym, na co naprawdę mam ochotę i bezczelnie dałam się porwać żywiołowi.
Numer trzy: życie, życie, życie. Przygoda z zuchami nabrała rozpędu. Po sukcesie z zimowiskiem poszłam za ciosem i kiedy tylko nadarzyła się okazja, zapisałam syna na trzy kolejne wyjazdy. Już w najbliższy weekend jedzie więc do Wieliczki, potem na wyprawę polarną, a następnie do Warszawy. My dopiero co szaleliśmy na zabawie karnawałowej, do której przygotowania wypełniły mi kilka dobrych dni. Przebranie, jak zawsze, obowiązkowe. Temat: lata sześćdziesiąte. Buszowanie po lumpeksach w poszukiwanie strojów i akcesoriów, konsultacje z koleżankami, co z własnych szaf mogłyby i chciały pożyczyć, przeczesywanie własnych zasobów, szukanie inspiracji w necie, trenowanie kreski nad okiem, klejenie sztucznych rzęs. Długo by opowiadać. Ale efekt był piorunujący.
Żeby nie było: Sebi też miał bal. I nawet uszyłam mu pelerynę wampira. Uszyłam to może za duże słowo, faktem jednak pozostaje, że czarne prześcieradło udało się udrapować na ciele hrabiego Drakuli, a następnie z pomocą Maćka i przy użyciu zszywacza spiąć w kluczowych miejscach. Potem tylko zszycie tychże punktów, usunięcie zszywek i doszycie złotych guzików i łańcucha. Pociecha wyraziła pełną aprobatę, a kostium jest w ciągłym użyciu.
Przy okazji oficjalnie zawiadamiam, że pogodziłam się z myślą, że szycie mnie - mimo najlepszych chęci - przerasta, zamierzony efekt zawsze rozmija się z tym, co udaje mi się z trudem i poświęceniem osiągnąć, i choć ostatnio na potęgę trenowałam, choćby przy instalowaniu zuchowych sprawności na rękawie munduru, dotarło do mnie, że zestaw igła i nitka (nie mówiąc o maszynie) nie jest moim powołaniem. Co nie odwiedzie mnie jednak od podejmowania kolejnych prób wykazania się na tej niwie:) Ale można już krytycznie wypowiadać się na temat moich dzieł. Przyjmę wszystko z pokorą. Spruję i przyszyję na nowo (jak sprawności, haha). Bo czasem najbardziej liczą się chęci! A łaty, żeby nie było totalnego obciachu, nadal będzie dziecku przyszywała babcia:)
Wracając do przerwanego wątku: społeczność zuchowa okazała się więcej niż chętna do interakcji i wpadliśmy w wir wzajemnych odwiedzin, telefonicznych debat, wymiany książek i gier. Życie towarzyskie Babu też kwitnie. Jego przyjęcie urodzinowe będzie ostatnim z zimowej fali imprez, co na chwilę chociaż pozwoli mi odetchnąć od wymyślania i wyszukiwania prezentów dla kilkulatków - a jest to za każdym razem nie lada wyzwanie, zwłaszcza, że nie można się powtarzać, bo ciągle spotyka się ta sama grupa w nieznacznie tylko zmienionym składzie.
Do tego dochodzi życie szkolne. Etyka, która cieszy się u mnie wielkim poważaniem, szczęśliwie odbywa się raz na tydzień - bo zadania domowe wymyślane przez prowadzącą te zajęcia panią dyrektor wymagają najczęściej zaangażowania rodziców. Ale o tym napiszę więcej osobno, bo do wieczora nie skończę tego posta:) Od lutego doszło nam też nowe wyzwanie - codzienna głośna lektura. Niby pikuś, bo tylko przez kwadrans (w praktyce zwykle więcej, bo głupio kończyć w połowie rozdziału), ale synchronizacja czasu i chęci dziecka i dorosłego to wyższa szkoła jazdy. Nie wiem, czy tylko Sebi tak ma, czy to przypadłość bardziej powszechna, ale zabranie się za jakąkolwiek aktywność wymagającą udziału innej osoby zajmuje mu w najlepszym razie kilka minut. Bo w drodze do celu zbacza, zmienia temat, coś go rozprasza, zapomina, co zamierzał etc. Przekłada się to na zmniejszenie (a czasem nawet na całkowite wyeliminowanie) zapasu cierpliwości u takiego rodzica jak ja. I gdyby chodziło o cokolwiek innego niż czytanie, niewykluczone, że o systematyczności moglibyśmy zapomnieć. Ale że nagrodą za czekanie jest głośna lektura, jest to teraz jeden z moich ulubionych momentów dnia. Role się odwróciły, Sebi czyta mi książki, które jeszcze rok temu ja czytałam jemu. Poezja:)
Teraz już pomknę prosto do celu. Żeby się w tym wszystkim nie pogubić zaczęłam sporządzać kolejne listy z zadaniami do wykonania. System ten świetnie się sprawdza od lat. A w styczniu przetestowałam go też na Babu i za odhaczenie wszystkich punktów w terminie obiecałam nagrodę. Zadziałało, Sebi po trzech dniach sam wiązał buty, co poczytaliśmy sobie za rodzicielski sukces - bo od jesieni rozmawialiśmy z Maćkiem o tym, że koniecznie musimy syna wyposażyć w tę kluczową sprawność;)
List więc przybywało masowo. Do tego stopnia, że musiałam nadać im rangę ważności, bo i tak wszystkich nie byłam w stanie zrealizować od ręki. Trochę to przytłaczające. Zniechęcające. Paraliżujące. Ucieczka w grę komputerową na parę dni zagłuszyłaby wyrzuty sumienia, że zamiast z zapałem brać się do roboty użalam się nad sobą i migam od obowiązków. A potem pomyślałam, że rozwiązaniem będzie ustalenie nagrody, bo grunt to motywacja. Ciągle jeszcze nad nią myślę. I w międzyczasie tworzę kolejne zestawienia zadań do wykonania.
I tak oto mam listę na każdą okazję. Między innymi spis filmów, książek i wydarzeń czekających na opisanie na blogu. I obiecuję regularnie skreślać z niego kolejne pozycje;)
piątek, 16 stycznia 2015
Halma
Pobojowisko bez zmian. Ale udało się wygospodarować na stole odrobinę miejsca i maniacko gramy w halmę. A w tyle głowy cały czas kombinuję, jak poprzestawiać rzeczy po szafach, żeby po ich otwarciu mieć pod ręką tylko ulubione i potrzebne przedmioty, a nie generujący wyrzuty sumienia składzik różności.
Plany póki co przenoszę jedynie na papier. Nie mam złudzeń - dojście do upragnionej wersji ostatecznej, upragnionej czy chociaż częściowo satysfakcjonującej wymaga wielu prób, szkoda więc sił na rzeczywiste tachanie kolejnych pudeł i tobołków z miejsca na miejsce. Tak się sama przed sobą i wszystkimi chętnymi słuchać tłumaczę na okoliczność posądzenia mnie o lenistwo;)
Plany póki co przenoszę jedynie na papier. Nie mam złudzeń - dojście do upragnionej wersji ostatecznej, upragnionej czy chociaż częściowo satysfakcjonującej wymaga wielu prób, szkoda więc sił na rzeczywiste tachanie kolejnych pudeł i tobołków z miejsca na miejsce. Tak się sama przed sobą i wszystkimi chętnymi słuchać tłumaczę na okoliczność posądzenia mnie o lenistwo;)
środa, 3 grudnia 2014
Poziom 68
Uzależniłam się od Frozen. Gram w łóżku, zanim wstanę i tuż przed zaśnięciem. Na przystanku, nie zważając na mrożące nie tylko krew w żyłach temperatury. W tramwaju, na siedząco i na stojąco. Nawet w dzikim tłumie. W oczekiwaniu na zagotowanie się wody w czajniku. Zamiast wyjścia na papierosa, bo za zimno na balkonie. Nawet dwa razy w pracy - żeby się uspokoić, kiedy byłam o krok od obłędu. A także bez powodu czy pretekstu, po prostu tylko dlatego, że naszła mnie ochota.
Słowem: gram nieustannie.
Za pierwszym razem w tramwaju niespokojnie się rozejrzałam, zanim sięgnęłam do torebki po komórkę. Teraz już z aparatem w dłoni wsiadam do wagonu.
Sebi najpierw dopytał, jak się dosłownie tłumaczy 'Frozen', a następnie uznał, że ostatnie ochłodzenie było nieuniknione w obliczu mojego nowego hobby. Pokazał mi też jak się robi 'gwiazdki' i 'kreski'.
Maciek nadal jest w szoku, bo tak przyklejonej do komórki to mnie jeszcze nie widział.
A ja gram. Poziom sześćdziesiąty ósmy, sto pięćdziesiąt pięć gwiazdek, jedno życie, drugie załaduje się za osiemnaście minut:)
Słowem: gram nieustannie.
Za pierwszym razem w tramwaju niespokojnie się rozejrzałam, zanim sięgnęłam do torebki po komórkę. Teraz już z aparatem w dłoni wsiadam do wagonu.
Sebi najpierw dopytał, jak się dosłownie tłumaczy 'Frozen', a następnie uznał, że ostatnie ochłodzenie było nieuniknione w obliczu mojego nowego hobby. Pokazał mi też jak się robi 'gwiazdki' i 'kreski'.
Maciek nadal jest w szoku, bo tak przyklejonej do komórki to mnie jeszcze nie widział.
A ja gram. Poziom sześćdziesiąty ósmy, sto pięćdziesiąt pięć gwiazdek, jedno życie, drugie załaduje się za osiemnaście minut:)
niedziela, 16 listopada 2014
Frozen Free Fall
Dziś odkryta i z miejsca szaleństwo! Gramy z Babu całe popołudnie. Ja na swojej komórce, on na telefonie Maćka. Oboje na podłączonych ładowarkach. Utknęłam na poziomie dwudziestym drugim, a że straciłam wszystkie życia, muszę czekać na zmartwychwstanie. Zaczynam się zastanawiać nad dokonaniem opłaty celem przyspieszenia tego procesu. A już z pewnością zostawię grę włączoną na noc, żeby mi się 'dodatkowe życia' ładowały. Ciekawe, czy jest na nie jakiś limit.
piątek, 1 sierpnia 2014
wtorek, 10 czerwca 2014
Pan tu nie stał!
poniedziałek, 26 maja 2014
poniedziałek, 19 maja 2014
Deszczowa sobota
Deszczowa sobota to jednak super sprawa. Nawet jeśli z mycia okien nici, a karciany wieczór w ostatniej chwili zostaje odwołany.
Można uporządkować zdjęcia na kompie i spędzić kilka przedpołudniowych godzin na przeglądaniu fotek z ostatnich siedmiu lat. I dojść do wniosku, że warto by znowu pojechać w góry, spotkać się z tym czy tamtym lub chociaż napisać coś o tegorocznych wagarach.
Albo pokazać kotu coś nowego, kiedy mały futrzak uparcie domaga się wyjścia na mokry balkon, i zafundować mu kilkusekundową sesję bezpośredniego kontaktu z ociekającą wodą lawendą. A potem powtórzyć tę zabawę jeszcze dwa razy, ażeby Rita, przekonana, że balkonowym chaszczom wystarczy dziesięć minut na wyschnięcie, w końcu przestała miotać się po parapecie i szarpać za żaluzje.
Można też zasugerować chłopakom niewielkie uprzedzenie faktów i wręczenie prezentu na dzień matki. A kiedy się go już dostanie, rozłożyć stół jak na wigilię i grać do późnego wieczora w Dziedzictwo. I stołu nie składać, żeby już czekał na niedzielę. A potem oswoić się z myślą, że dodatkowy blat używany do tej pory od święta, będzie przez dłuższy czas stałym elementem wystroju wnętrza. I uśmiechnąć się na myśl, że to prawie tak, jakby się świętowało na co dzień.
Tak, to była bardzo udana sobota:)
Można uporządkować zdjęcia na kompie i spędzić kilka przedpołudniowych godzin na przeglądaniu fotek z ostatnich siedmiu lat. I dojść do wniosku, że warto by znowu pojechać w góry, spotkać się z tym czy tamtym lub chociaż napisać coś o tegorocznych wagarach.
Albo pokazać kotu coś nowego, kiedy mały futrzak uparcie domaga się wyjścia na mokry balkon, i zafundować mu kilkusekundową sesję bezpośredniego kontaktu z ociekającą wodą lawendą. A potem powtórzyć tę zabawę jeszcze dwa razy, ażeby Rita, przekonana, że balkonowym chaszczom wystarczy dziesięć minut na wyschnięcie, w końcu przestała miotać się po parapecie i szarpać za żaluzje.
Można też zasugerować chłopakom niewielkie uprzedzenie faktów i wręczenie prezentu na dzień matki. A kiedy się go już dostanie, rozłożyć stół jak na wigilię i grać do późnego wieczora w Dziedzictwo. I stołu nie składać, żeby już czekał na niedzielę. A potem oswoić się z myślą, że dodatkowy blat używany do tej pory od święta, będzie przez dłuższy czas stałym elementem wystroju wnętrza. I uśmiechnąć się na myśl, że to prawie tak, jakby się świętowało na co dzień.
Tak, to była bardzo udana sobota:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






