Drugi wernisaż w karierze Andrzeja, pierwszy, na którym byliśmy. Pękałam z dumy, kiedy Pan Artysta opowiadał o swoich dziełach, inspiracjach i dalszych planach, co najmniej, jakbym miała w tym jakiś swój udział. Bastek, zawiedziony, że nie mógł wybrać się z nami, zlecił mi sfotografowanie każdej pracy. I sam sobie zorganizował wystawę swoich starych malunków, którymi wyścielił cały pokój. Doceniam jego talent, ale do poziomu mojego chrześniaka trochę mu jeszcze brakuje;) Andrzej niewątpliwie zaś dopiero się rozkręca. I czy zabierze się na rysunek, malarstwo czy snycerstwo, odnosi sukces. Jedna z prac szczególnie spodobała się Maćkowi. I kiedy robiłam mu z Jędrkiem na jej tle zdjęcie, sfotografował ich także ktoś z organizatorów, dzięki czemu mój szanowny małżonek zaistniał w artystycznym kontekście na stronie noworudzkiej biblioteki i sam się śmieje, że całkiem mu do twarzy w roli mecenasa sztuki, haha:)
środa, 8 maja 2013
wtorek, 7 maja 2013
Loch Ness
Kiedy gramy w szachy, memory czy chińczyka, Bastek nie ma co liczyć na fory. Ale wszelkie inne gry tym bardziej mi się podobają, im większe dają możliwości manipulowania wynikiem. Każdy rodzic wie, że są takie dni, kiedy to właśnie dziecko musi odnieść druzgocącą przewagę nad przeciwnikami. 'Loch Ness' jak wiele innych propozycji Granny jest prosta, sympatyczna i przyjemna dla oka. A najważniejsze, że z powodzeniem nadaje się dla dwóch (siedzących przymusowo w domu) osób.
poniedziałek, 6 maja 2013
Słabiutka miarka
Bastek staje na wagę i głosem króla Juliana komentuje wynik:
- Słabiutka ta miarka. Ciągle pokazuje mniej niż dwadzieścia.
- Słabiutka ta miarka. Ciągle pokazuje mniej niż dwadzieścia.
niedziela, 5 maja 2013
Pogadanka przy krupniku
Między jedną a drugą łyżką zupy Bastek pyta, jak można się dowiedzieć, jakiej płci dziecko urodzi kobieta. Opowiadam mu więc o USG, o tym, że on akurat robił siusiu, kiedy go u ginekologa podglądaliśmy. Na to on mi sprzedaje historię o pojedynczych jajnikach u ptaków. Rozmowa schodzi na coraz bardziej szczegółowe zagadnienia prokreacyjne i niepostrzeżenie od słowa do słowa moje dzięcię pyta mnie, jak to się dzieje, że jest jedynakiem. Pierwsza pogadanka o antykoncepcji za nami:)
sobota, 4 maja 2013
Bóg zapłać
Nigdy nie pasjonowały mnie obfitujące w drastyczne szczegóły programy telewizyjne opisujące losy osób dotkliwie pokrzywdzonych przez los. Uparcie trzymałam się od nich z daleka, bojąc się, że makabryczne obrazy będą mnie nawiedzały do końca życia. Ale książki to co innego, więc kiedy zaczęłam czytać Tochmana, nie mogłam przestać, choć przecież już w pierwszym tekście wyraźnie zostaje powiedziane, jakie tematy go interesują i w których mediach można się natknąć na jego reportaże i relacje (co powinno obudzić moją czujność). Skrajne ubóstwo, ciemnota, okrucieństwo i kilka raptem ludzkich odruchów na tak wielu stronach byłyby nie do wytrzymania, gdyby nie rzeczowy dystans, z jakim narrator prowadzi czytelnika przez ten chory świat. Ale i tak lektura jest skrajnie nieprzyjemna, trudna do przełknięcia, bo realistycznie odmalowane niegodziwości i obrzydliwości, do których ludzie są zdolni, a nawet skłonni i skorzy, choć niemalże niemożliwe do uwierzenia, dzieją się przecież gdzieś tuż obok, może u sąsiadów, może w mieścinie, w której spędzamy wakacje, w każdym razie nie za oceanem czy bardziej umownymi granicami, jak te państwowe, które zwiększając fizyczną odległość pozwalają łatwiej się zdystansować mentalnie. Czasem Maciek pyta mnie, po co więc to czytam, skoro poza opowiadaniem innym strasznym historii i tak nic osobiście nie mogę z tym dalej zrobić. Nie wiem, po co, ale czuję, że są rzeczy, o których trzeba wiedzieć. Nawet, a może zwłaszcza, te najgorsze.
piątek, 3 maja 2013
Długaśny weekend
Długi weekend majowy spędzamy zupełnie inaczej niż planowaliśmy. Babu ma anginę, na dworze plucha od kilku dni, więc oddaliśmy się absorbującym zajęciom domowym. Wczoraj próbowałam ruszyć z pracami balkonowymi, ale szybko mi się znudziło, skoro z kwiatkami i tak muszę zaczekać. Dzisiaj dla odmiany zabraliśmy się za porządki w szafach. Na pierwszy ogień poszły buty. Babu z zapałem mi towarzyszył. Nie ma jak udawanie dinozaurów w szpilkach mamy:) A potem trudno już mi się było zatrzymać i do wieczora przestawiałam kolejne pudła, torebki i szmatki. Ileż to zapomnianych rzeczy wygrzebałam. Jutro czas na porządkowanie zdjęć i przeglądanie kartonów z kilogramami korespondencji. Chyba najwyższa pora na dokonanie ostrej selekcji i pozbycie się zakurzonych szpargałów. Nie wiem dlaczego, ale dużo ławiej mi wystawić na śmietnik stare buty niż sięgające czasów liceum listy. Niewykluczone, że jak zwykle się rozczulę, rozmarzę i po prostu cichaczem upchnę je w nowym miejscu:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


