wtorek, 10 grudnia 2013

Projekt Szczęśliwy Dom

Nie nazwałabym siebie fanką poradników. Ostatnimi czasy jednakowoż zaczęłam się im bacznie przyglądać, bowiem choć podchodzę do nich z rezerwą, nie wykluczam, że coś dla siebie uda mi się z ich pobieżnej nawet lektury wyłuskać. I tak się akurat złożyło, że będąc w dzikim szale planowania zmian, które zamierzamy wprowadzić w domu na wiosnę (jak tylko zrobi się na tyle ciepło, żeby malować deski, będę miała nowe regały na książki! I pretekst, żeby wszystko na nowo układać! I ogrom miejsca do zapełnienia! Ekscytacja w skali od jeden do dziesięciu: piętnaście), natknęłam się na tę pozycję najpierw na jakimś blogu, a potem w bibliotece. No więc wypożyczyłam. Tytuł wielce dla mnie obiecujący. Intrygujący. Inspirujący. I tyle. Treść okazała się niestrawna, nieprzyswajalna oraz irytująca. I nawet nie o to chodzi, że jakieś głupoty pani wypisuje. No dobra - nie tylko głupoty, ale perełek tu jak na lekarstwo. A patos, z jakim podawane są kolejne Wielkie Prawdy, wprawia mnie w osłupienie. Rozumiem, że słowa i maksymy ułatwiają porządkowanie świata. Tyle że autorka nawet nie udaje, że ma poczucie humoru i szczątkowy choćby dystans do samej siebie. No nic, skupię się na dopracowywaniu mojego projektu i kiedy uda mi się go zrealizować, nie omieszkam podzielić się zdjęciami, pomysłami, wrażeniami itd.

niedziela, 8 grudnia 2013

Cocofli

 Późny sobotni wieczór. Szukamy miejsca, żeby przysiąść i pogadać. Knajpki pod nasypem pełne. Próbujemy więc szczęścia na Włodkowica. W Cocofli zwalnia się stolik, wchodzimy więc bez wahania. I odkrywamy klimatyczne miejsce, gdzie przy desce serów i rozgrzewających napojach zatapiamy się w długiej rozmowie.
Dookoła regały pełne książek, uśmiechnięci ludzie, bar zastawiony smakołykami. Na szybie ogłoszenie o warsztatach dla dzieci. Zapamiętuję nazwę tej kawiarni, żeby tu jeszcze wrócić.


 A już w domu znajduję w necie informacje, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że w Cocofli będę gościć jeszcze nie raz. Księgarnio-kawiarnię założyli właściciele wydawnictwa Format specjalizującego się w literaturze dziecięcej. Nazwa Cocofli wzięła się z opowiadania Leszka Kołakowskiego, w którym autor tak właśnie określił 'bar w niebiosach' i jest skrótem od pięciu słów kluczy (coexistence, cooperation, friendship, love, identity). Lokal słynie z wybornego wina i słodyczy.
I teraz najlepsze: odbywają się tu wystawy, koncerty, spotkania, warsztaty etc. Wieczór autorski Agnieszki Wolny-Hamkało przegapiłam, ale od dziś zwiększam czujność i zastanawiam się, jakież to wiatry przywiodą mnie ponownie do tej magicznej przystani;)

sobota, 7 grudnia 2013

The Lone Ranger

Nasze nowe ulubione miejsce w Astrze: Salon Kreatywny. Czyli stoisko z klockami Lego, gdzie w ofercie jest także wypożyczanie zestawów, składanie ich na miejscu oraz organizowanie przyjęć urodzinowych. Ale tym, co urzeka najbardziej, jest obsługa. Właściciel to gaduła z niesamowicie cierpliwym podejściem do dzieci. Pozostali dwaj pracownicy okazali się z kolei maniakami projektowania niecodziennych konstrukcji. Kilka rozmów z tymi ludźmi i każde z nas (ja, Maciek, Sebi) wraca do domu zainspirowane. Dlaczego piszę o tym zamiast o filmie? Bowiem 'Jeźdźca znikąd' jakoś latem przegapiliśmy, ale w Salonie został nam polecony. Nawiązujący do niego zestaw stoi już zresztą na sklepowej półce. I podobno konstrukcja dyliżansu jest fenomenalna:)

piątek, 6 grudnia 2013

List do Mikołaja


W tym roku Babu bardzo dokładnie wybadał, czego mogą spodziewać się dzieci, które nie były grzeczne. I po głębokim namyśle zrezygnował z jakichkolwiek komentarzy na temat swojego dotychczasowego zachowania tudzież obietnic na przyszłość;)

Latte

Zawsze zazdrościłam bohaterom książkowym i filmowym, którzy mieli swoje stałe ulubione miejsca poza domem, w których można ich było spotkać określonego dnia czy o danej godzinie. Kawiarnie, puby, knajpki, bary etc. Lecz po pierwsze, nie lubię i nie piję kawy. Po drugie, nie stać mnie na regularną konsumpcję w lokalach na mieście. Po trzecie, nie umiałam się przekonać do szukania na siłę miejscówki, która spełniałaby wszystkie moje wymagania (sprzyjająca lokalizacja, emanująca ciepłem i sympatią atmosfera, wnętrze przyjazne molom książkowym, atrakcyjne menu, uśmiechnięta obsługa, cennik, do którego nie musiałabym nerwowo zerkać, aby się upewnić, czy będę w stanie zapłacić rachunek). To nie mogło być działanie według scenariusza i szukanie dekoracji do zaplanowanej wcześniej sceny.
No i proszę, cichaczem, niejako boczkiem i ukradkiem, życie zrobiło mi niespodziankę. Zaczęło się od poniedziałkowego kina. I odkrycia, że latte z cukrem i czekoladą jest pyszna. A potem, sama nie wiem, kiedy, powstał z tego cały rytuał. Gazeta, książka, ciacho, kawa, kącik zwierzeń, quesadillas, pogaduchy przed i po seansie, przystanek na herbatę w drodze skądś dokądś, randka z mężem, spotkania ze znajomymi, pięć minut na huśtawce, kiedy akurat jestem w okolicy z Babu. I szczery żal, kiedy z jakiegoś powodu w poniedziałek mnie tam nie ma.
Tak oto dzięki kawiarni i bistro zadomowiłam się Nowych Horyzontach na dobre.

czwartek, 5 grudnia 2013

Ptaszki

Nawet Maciek dał się wciągnąć w produkcję:)
 

Patrz na mnie, Klaro!

Książki polecane przez Dariusza Nowackiego zwykle trafiały w mój gust. Ale nie tym razem. Spodziewałam się psychologicznej wnikliwości i sugestywnego opisu emocji targających współczesną kobietą. Tymczasem tylko się wynudziłam. Ale nie ma tego złego, w naszej osiedlowej bibliotece jeszcze tego nie mają;) A nuż komuś się spodoba.